Jeździecki internet to kraina czarów. Wystarczy wrzucić zdjęcie konia jedzącego ekologiczną sieczkę z alpejskich łąk, a pod postem natychmiast rozbrzmiewa chóralne „och!” i „ach!”. Właściciele prześcigają się w deklaracjach miłości, troski i etycznego podejścia. Koń ma mieć wszystko: NAJlepszą paszę, NAJlepszy padok, NAJlepszego kowala, NAJlepszego fizjo, NAJlepszego weta , NAJlepszego trenera…
Tylko że w tej pięknej, instagramowej opowieści o idealnym właścicielu jest jeden drobny, niepasujący, szczegół.
Taki malutki, niepozorny, ale za to wyjątkowo uparty.
JEŹDZIEC…
Bo o ile koń ma wszystko „naj”, o tyle ciało jeźdźca często ma „najmniej”.
Najmniej mobilności, najmniej stabilizacji, najmniej świadomości, najmniej ruchu poza stajnią. A jednak, gdy tylko ktoś odważy się powiedzieć, że jeździec powinien być sportowcem – że powinien ćwiczyć, wzmacniać się, rozciągać, dbać o siebie – natychmiast pojawia się fala entuzjazmu.
„Wymagasz od konia – wymagaj najpierw od siebie!”
„Wreszcie ktoś to powiedział!”
„Tak! Ćwiczenia są super!”
„Hip hip hura, zaczynamy!” I zaczynają. Na całe… dwa tygodnie. Bo potem kończy się motywacja a guma oporowa ląduje w szufladzie obok skarpetek bez pary. Już nazwałam nawet sobie ten entuzjazm – noworoczne postanowienia w wersji jeździeckiej.
Przez ponad 30 lat pracy z ludźmi i końmi, widziałam wiele. Przez 18 lat pracy jako trener personalny – jeszcze więcej. Biomechanika i anatomia człowieka? Znam w praktyce! Biomechanika i anatomia konia? Pogłębiam tą wiedzę od wielu lat. Wpływ jednego na drugie? Widzę codziennie.
Dlatego kiedy stworzyłam program, który miał w prosty, jasny sposób pokazać jeźdźcom, jak ich ciało wpływa na ciało konia, byłam pełna nadziei.
Ćwiczenia do zrobienia idąc po konia, myjąc zęby, gotując obiad, kładąc się spać. Zero siłowni, zero sprzętu, zero wymówek.
Reakcja?
Zachwyt. Euforia. Grupy wsparcia. Wyzwania. Selfie z gumą oporową.
A potem… Cisza. Po trzech miesiącach – połowa grupy. Po sześciu – grupa nie istnieje. Po roku – nikt nie pamięta, że w ogóle była. To jest właśnie jeździeckie zakłamanie: zapał na poziomie olimpijskim, konsekwencja na poziomie kota, który właśnie zobaczył laser.
Koń ma fizjoterapeutę regularnie, bo „ma napięcia”. No ma. Tylko że te napięcia nie biorą się z kosmosu. Nie robi ich padok, super siano, dobry kowal. Robi je jeździec, który deklaruje miłość do konia, ale zapomina o jednym:
Twoje ciało jest narzędziem pracy twojego konia.
Jeśli narzędzie jest krzywe lub ma nawet delikatne defekty – efekt też będzie krzywy i mało satysfakcjonujący. Możesz kupić najlepszą paszę świata, ale jeśli siedzisz jak worek kartofli – koń będzie cierpiał. Możesz mieć najlepszy padok świata, ale jeśli twoje biodra są sztywne jak stalowy zawias – koń będzie kompensował w swoim ciele. Możesz dzwonić po fizjo co trzy tygodnie, ale jeśli sam nie ruszasz się poza stajnią – to jest tylko gaszenie pożaru, który sam codziennie podpalasz.
Wrzucam rolkę z ćwiczeniami – prostymi, krótkimi, do zrobienia w kapciach. Reakcja?
„Wow!”
„Super!”
„Ale genialne!”
„Muszę zacząć!”
I zaczyna… piętnaście osób. Z kilku, kilkunastu, kilkuset tysięcy, które deklarują, że są najlepszymi właścicielami na świecie. To jest właśnie zakłamanie. Nie złe, nie wredne, nie złośliwe, po prostu… wygodne.
Chcesz naprawdę kochać swojego konia? Zacznij od siebie – nie od nowej derki, kolejnej paszy, kolejnego fizjo – od własnego ciała.
Bo koń nie potrzebuje deklaracji. Koń potrzebuje jeźdźca, który nie robi mu krzywdy. Nie musisz trenować jak zawodowiec. Nie musisz spędzać godzin na siłowni. Wystarczy kilka minut dziennie. Regularnie. Z głową.
Z szacunkiem do siebie – i do konia.
Jeśli naprawdę kochasz swojego konia, to przestań mówić, że dbasz o jego dobrostan, jeśli ignorujesz własny.
Bo dobrostan konia zaczyna się w twoich biodrach, twojej klatce piersiowej, twojej mobilności, twojej równowadze i w spokoju twojej głowy.
Autor: Agnieszka Karaszewska
Komentarze są wyłączone dla tego wpisu.