Koniarz – słowo, które kiedyś brzmiało dumnie
Byłam koniarzem. Tak się mówiło, tak się czuło, tak się żyło. To słowo miało ciężar, miało dumę, miało w sobie coś z tajemnicy i wtajemniczenia. Bycie koniarzem oznaczało, że potrafiłam spędzić calusieńki dzień w stajni, że znałam zapach potu konia i zapach świeżo wyczyszczonej sierści, że moje dłonie były spracowane od szczotek i wideł, a serce biło szybciej, gdy koń położył mi łeb na ramieniu. Baaa znałam zapach MOJEGO konia – znam do dzisiaj. Mam trzy konie i każdy pachnie inaczej …. To była więź – nie do pokazania, nie do sfotografowania, nie do wrzucenia w internet. To było coś, co istniało tylko między mną a nimi.
Dziś słyszę: „jestem koniarą”, „my koniary”, „zrozumieją tylko koniarze”. I nie potrafię się z tym utożsamić. To już nie jest to samo. To słowo zostało rozmyte, spłycone, wrzucone w social media, gdzie liczy się nie więź, a obrazek. Nie praca, a lajki. Nie cisza w stajni, a hałas powiadomień.
Widzę nastolatki, które po treningu zamiast pogłaskać konia, zamiast podziękować mu za wysiłek, wyciągają telefon. Zdjęcia, filmiki, TikTok. Nawet spacer z koniem jest spacerem z telefonem. Relacja? Zastąpiona ekranem. Prawdziwy koniarz – ten gatunek – zdaje się wymierać.
Kiedyś potrafiłam spędzić dwanaście godzin w stajni. Bez jedzenia, bez telefonu, bez zegarka, bez poczucia czasu. Tylko ja i konie. Słuchałam chrupania trawy na pastwisku i wiedziałam, że to najlepszy lek na nerwy, na smutek, na uspokojenia, na wszystko. Kiedy rozstałam się z chłopakiem (po 8 latach !!!) wystarczyło pojechać do stajni, siąść w rogu boksu, wypłakać się , poczuć oddech, parsknięcie, polizanie w głowę zamknęło rozpacz – naprawdę !!! Zajęłam się koniem i po dwóch tygodniach zapomniałam, po prostu. Dziś pokażcie mi nastolatkę, która usiądzie na trawie obok konia i po prostu będzie. To już nie ich świat.
Zamiast pytać: „co czujesz przy koniu?”, słyszę: „ile skoczyłaś?”. Jakby wysokość przeszkody była jedynym miernikiem wartości. Jakby relacja z koniem nie miała znaczenia. Rodzice pytają: „kiedy zawody?”, „kiedy galop?”, „kiedy skoki?”. Nikt nie pyta: „czy moje dziecko nauczyło się słuchać konia? Czy nauczyło się go rozumieć”.
I tak patrzę na to wszystko z goryczą. Widzę, jak prawdziwi miłośnicy koni odchodzą, jak rezygnują, bo nie chcą walczyć z modą na patenty, na szybkie efekty, na poklask. Widzę, jak wrażliwi trenerzy tracą serce, bo świat nie chce już ich wrażliwości.
A jednak… kiedy wracam do swojej stajni, do ciszy, do własnych koni, wszystko we mnie się uspokaja. Tam wciąż jestem koniarzem. Tam wciąż istnieje ten świat sprzed lat – bez telefonów, bez lajków, bez followersów. Tylko ja i konie.
I wiem jedno: jeśli spotkacie jeszcze taką nastolatkę, która naprawdę kocha konie, która chce być z nimi bez telefonu, bez publiczności – chrońcie ją. Chrońcie jak najcenniejszy skarb. Bo to już gatunek na wymarciu. A przecież to właśnie wrażliwość, empatia, miłość i cisza przy koniu były kiedyś tym, co czyniło nas prawdziwymi koniarzami…
Ja takie spotykam … jeszcze wciąż istnieją …. troche jak jednorożce 😉
Autor: Agnieszka Karaszewska
Komentarze są wyłączone dla tego wpisu.